Czytnik e-booków – czyli wielki powrót do czytania książek!

Gdy byłam nastolatką, a więc kupowałam „Bravo Girl” i słuchałam Backstreet Boys, najczęściej można było mnie spotkać z nosem w książce. Czytałam bardzo dużo, a na moją listę lektur trafiały nie tylko tak bardzo znienawidzone przez młodzież obowiązkowe tytuły, ale także książki, które sama (mniej lub bardziej świadomie) sobie wybierałam.
Jako zapalona czytelniczka miałam „chody” u pań z lokalnych bibliotek, a jedne z wakacji w całości poświęciłam na przeczytanie całej „Sagi o Ludziach Lodu” autorstwa Margit Sandemo. Wiem, wiem – prawdziwe szaleństwo (cykl składa się z 47 tomów). Niestety, wraz z rozpoczęciem studiów, a następnie dorosłego, samodzielnego życia spod znaku płacenia czynszu, rachunków, chodzenia do pracy oraz przyjmowania na klatę tego, co przyniesie los, porzuciłam czytanie. Całkowicie. Przez długi czas obniżałam statystyki czytelnictwa w Polsce. Od wielkiego dzwonu sięgałam po jakąś książkę. Nie licząc jednego „zrywu”, gdy w prezencie gwiazdkowym otrzymałam od męża piękne wydanie tolkienowskiego „Władcy Pierścieni”, w moim czytelniczym życiu nastąpił okropny marazm.

I w tym momencie powinno paść pytanie, jakież to czynniki lub niespodziewane wydarzenia spowodowały, że nastąpił nagły zwrot akcji i powrót do egzystencji mola książkowego? Otóż moi drodzy – bezrobocie! Tak, utrata pracy i związany z nią nadmiar wolnego czasu popchnęły mnie w stronę regału z książkami. Prawda jest taka, że jestem chujową Panią Domu, wolałam więc sięgnąć po jedną z kupionych książek, niż gotować pomidorową. A że z czytaniem bywa tak, jak z jedzeniem czekolady (sięgam po jedną kostkę, by za chwilę zeżreć całą), zanim się obejrzałam pochłonęłam prawie wszystko, co zalegało na liście tytułów do przeczytania. Zabawa trwała w najlepsze do momentu, aż szacowny małżonek delikatnie, acz stanowczo oznajmił mi, że nasze mieszkanie nie jest z gumy i NIE POMIEŚCI nieskończonej ilości nowych książek. Byłam zraniona potwornie! Trochę pół-żartem, pół-serio mąż rzucił, abym kupiła sobie czytnik e-booków. Prawie oplułam się ze śmiechu – czytnik? Nie to, żebym była na bakier z technologiami, ale przecież e-booki to nie są prawdziwe książki! Wychodząc jednak z założenia, że otwartość na nowe doświadczenia to fajna sprawa, postanowiłam zgłębić temat. Przekopałam Internety wzdłuż i wszerz, szukając informacji na temat rynku czytników i e-booków. Przemaglowałam koleżanki, które długo już korzystają z czytnika, zadając im chyba wszystkie możliwe pytania dotyczące funkcjonalności ich urządzeń, księgarni internetowych, stopnia zadowolenia z „tego czegoś, co udaje książkę”. W końcu podjęłam decyzję i bardzo szybko do moich rąk trafił czytnik Kindle Paperwhite III. Dziś mogę z całkowitą pewnością stwierdzić, że był to jeden z najlepszych zakupów w życiu! Nie tylko wróciłam do czytania, ale w moim odczuciu odkryłam jego zupełnie nową jakość.

Photo by Aliis Sinisalu on Unsplash


Za co kocham mój czytnik?

Po ponad półtora roku użytkowania mogę powiedzieć, że przede wszystkim za to, jak bardzo rozpalił we mnie chęć i potrzebę czytania! Na samym początku mojej czytnikowej drogi obawiałam się, że Kindle nie przypadnie mi do gustu i jak ja wtedy wytłumaczę mężowi, że te miliony monet, które wydał, poszły jednak na zmarnowanie??? Na szczęście nic takiego się nie stało. Kindle ma baaardzo wiele zalet:

  • Niewielkie gabaryty i waga piórkowa


Ok, umówmy się, że z tą kategorią piórkową to trochę przesadziłam. Niewątpliwie jednak rozmiary i niewielka waga czytnika to jego najmocniejsze atuty. Z pewnością znacie ten ból, kiedy do torby pakujecie pokaźne tomiszcze, no bo jesteście przecież w trakcie lektury, a potem umieracie z powodu bolących pleców. Często rezygnowałam z zabierania książki ze sobą, ponieważ po prostu było mi za ciężko. Efekt był taki, że poczytać mogłam jedynie wieczorami, kiedy byłam w domu. Natomiast czytnik wrzucony do torby, to już zupełnie inna bajka! W ogóle nie czuję, że mam go przy sobie. Jest lekki, ma nieduże wymiary, nie stanowi więc obciążenia, a do tego to niepozorne urządzenie mieści w sobie kilkadziesiąt tytułów! Dla mnie to idealne rozwiązanie. Tym z Was, którzy nie wyobrażają sobie wakacji czy jakiegokolwiek wyjazdu bez książek, czytnik ułatwia życie – nie musicie decydować, które egzemplarze zabieracie, a które nie (znów ten brak miejsca…) – jeśli macie takie życzenie, wrzucacie na czytnik nawet całą swoją e-bibliotekę!
  • Wygoda w trakcie czytania

Niby błahostka, a jednak jest to szczegół, który potrafi odmienić życie. Głód czytania, który obudził się we mnie po zakupieniu czytnika sprawił, że zaczęłam rzucać się nawet na opasłe tomiszcza, które liczyły sobie dużo więcej niż 200-300 stron. Takie „Małe życie” dla przykładu. Albo „Labirynt duchów”. Mówisz znajomym, że czytasz aktualnie książeczkę, która ma 800-900 stron i oni już wiedzą, że normalna to Ty nie jesteś. Być może w głębi duszy podziwiają nawet Twoje samozaparcie i potrzebę obcowania z literaturą. Ale powiedzmy sobie szczerze – czytanie tak obszernej książki w wersji papierowej, to bardzo męcząca czynność. Nieporęczne to, ciężkie, od długiego trzymania zaczynają boleć ręce, nie wspomnę już o tym, że trzymanie tomiszcza w jednej, a kubka z parującą herbatą w drugiej ręce graniczy z cudem. Wygoda, jaką daje korzystanie z czytnika jest czymś, do czego bardzo szybko można się przyzwyczaić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mając czytnik w rękach mogę czytać w dowolnej pozycji i każda jest komfortowa dla nadgarstków, pleców oraz karku. Nic nie boli, nic się nie naciąga – nawet, jeśli lektura pochłonie mnie na godzinę lub…osiem godzin, które mijają niepostrzeżenie tylko w przypadku naprawdę dobrego, wciągającego tytułu. Trzymanie książki na wysokości wzroku, tak, aby nie pochylać głowy, nie jest już problemem.


Wakacje mola książkowego :)

  • Ładne oczy masz…

Pod warunkiem, że nie upodabniają się do wampirzych, kiedy stają się zmęczone i zaczerwienione po dłuższym czytaniu. Nie wiem jak Wy, ale ja często miałam ten problem. Wybawieniem okazał się dla mnie czytnik z regulowanym stopniem podświetlenia (w zasadzie niemal wszystkie modele czytników posiadają podświetlany ekran). Dzięki niemu czytanie stało się bardziej komfortowe, ponieważ wzrok męczy mi się zdecydowanie mniej! Nie twierdzę oczywiście, że dokonał się jakiś cud i zmęczonych oczu nie ma w ogóle – co to, to nie. Nie dało się jednak nie zauważyć, że pojawia się ono znacznie później, niż w przypadku czytania książki papierowej. Nie muszę już też kombinować, gdzie się usadowić, żeby mieć jak najlepsze światło do lektury. Podświetlany ekran czytnika to dla mnie udogodnienie, które wielbię za każdym razem, gdy zabieram się do czytania. Serio!
  • Ekonomia

Nie powiem, żeby kupno czytnika było wydatkiem małego kalibru. Wręcz przeciwnie! Kiedy zorientowałam się, ile trzeba będzie za ten wynalazek zapłacić, przybrałam najbardziej udręczoną minę na jaką było mnie stać, a potem oznajmiłam mężowi, że skoro to nie jest jednak 100 czy 200 złotych to ja poczekam. Poczekam grzecznie i wcale nie będę go poganiać z tym zakupem, a w tym czasie bardzo systematycznie będę sprawdzać czy na horyzoncie nie pojawi się jakaś promocja. I jak to w życiu bywa, opłaciło się czekać. Dzięki promocji na stronie Amazon (bo od nich mam mojego Kindle) udało się zaoszczędzić trochę grosza. Po prawie 1,5 roku korzystania z czytnika mogę jednak powiedzieć, że to były bardzo dobrze wydane pieniądze. Poza tym e-booki są zdecydowanie tańsze od książek papierowych (co mnie wcale nie dziwi), a to kolejna oszczędność w budżecie mola książkowego. Bardzo często kupuję książki po 13-14 złotych. Więcej natomiast trzeba wydać na nowości, co zresztą również mnie nie zaskakuje.

Co jakiś czas czytuję komentarze pod internetowymi artykułami, które próbują rozstrzygnąć co jest lepsze: e-book czy książka papierowa? Naturalnie ilu ludzi, tyle opinii. Znam osoby, które nigdy w życiu nie dadzą się namówić na e-papier, a także takie, które bez czytnika nie wyobrażają sobie życia. Ja zaliczam się zdecydowanie do tych drugich. Nie przestałam jednak kochać książek papierowych. Zapach farby drukarskiej, szelest przewracanych kartek, piękne okładki, które można macać do upadłego – to wszystko ma swój urok. Nie twierdzę też, że już nigdy nie kupię papierowej książki. Domowa biblioteczka to coś, co nadal robi na mnie wrażenie. Nie zmienia to faktu, że czytanie na czytniku pochłonęło mnie całkowicie i odpowiada mi w 100 procentach! Ostatecznie nieważne jest przecież to, w jakiej formie zapoznajemy się z treścią książki. Liczy się w końcu sam przekaz, opowieść, język i styl autora – a ten będzie zawsze taki sam. Bez względu na to czy czytany przez nas tekst został wydrukowany na papierze, czy też wyświetla się na ekranie czytnika.

A jak to wygląda u Was? Korzystacie z czytników e-booków? A może jesteście wierni tylko papierowym, tradycyjnym książkom?

P.S. Wbrew pozorom - to nie jest tekst sponsorowany i nachalna reklama czytników :P Chciałam podzielić się swoją opinią na ich temat, a prawda jest taka, że kocham mojego Kindle miłością absolutną!

Do następnego!


    

Komentarze